„Aż do rzeki” Elizabeth Gilbert. Obsesja, która udaje przebudzenie
Czytałem tę relację autorki bestsellerowej książki „Jedz, módl się, kochaj” z wiwisekcji własnego życia, postępowania i relacji między partnerkami jako rodzaj intymnej spowiedzi udostępnionej szerokiej publiczności — a z drugiej strony jako zapis nadaktywności jej hipokampu, inaczej mówiąc: diagnozę szalonego elektroencefalografu rejestrującego nadaktywność elektryczną jej mózgu i nadświadomości.
Reasumując, „Aż do rzeki” Elizabeth Gilbert odebrałem jako zapis szalonej, a przez to również toksycznej i destrukcyjnej miłości do Rayyi Elias. Relacja ta z czasem staje się dla autorki obsesją, słabością, ale też czymś, co nadaje jej życiu wyjątkowy sens. Rayya jest dla Gilbert jednocześnie powierniczką, partnerką i osobą, wokół której zaczyna koncentrować się niemal cały jej świat.
Autorka „Jedz, módl się, kochaj” całkowicie i zarazem irracjonalnie zaakceptowała jej destrukcyjny charakter. Wręcz straciła dla niej głowę, rozwiodła się z mężem, powtarzając sobie jak mantrę, że jej słabością, a zarazem wyższym stanem nadświadomości jest uzależnienie od miłości i seksu — a właściwie to strach przed samą sobą, przed samotnością, co przekształca się w rodzaj chorej empatii. Potrzeba opieki nad słabymi, „pękniętymi” ludźmi transformuje się w rodzaj kontroli nad nimi, w częściowe ubezwłasnowolnienie ich psyche. W taki sposób przekształca się obsesyjna miłość Elizabeth do Rayyi, co uwidacznia się w jaskrawy sposób w ostatniej fazie jej choroby nowotworowej.
Najbardziej zastanawiające jest dla mnie to, z jaką bezwarunkowością Gilbert akceptuje destrukcyjny charakter tej relacji. Autorka zdaje się nie tylko usprawiedliwiać własne uzależnienie od Rayyi, ale momentami wręcz je idealizuje. Rozwód z mężem staje się konsekwencją uczucia, któremu Gilbert oddaje się niemal bez reszty. Powtarza przy tym, niczym mantrę, przekonanie, że jej słabość jest jednocześnie rodzajem wyższego stanu świadomości — że uzależnienie od miłości i seksu może być formą poznania siebie.
I właśnie z tym mam największy problem. Czy każda intensywna miłość zasługuje na usprawiedliwienie tylko dlatego, że jest intensywna? Czy obsesję można nazwać duchowym przebudzeniem, a uzależnienie — wyższą formą świadomości? Gilbert nie daje mi na te pytania przekonującej odpowiedzi. Przeciwnie: chwilami mam wrażenie, że zamiast poddać tę relację krytycznej analizie, rozwadnia ją, powtarzając jak mantry, iż takie szalone, chorobliwe uczucie ma swoje specjalne prawa do wywracania wszystkiego do góry dnem. Bo dno każda z nich nosi w sobie własne: Rayya absolutne, wyniszczające, ocierające się o piekło, Elizabeth artystycznie wystylizowane, traktowane jako rodzaj podniety, natchnienia — z czego często nie zdaje sobie sprawy. Bo gdyby nie śmierć Rayyi, to ich wspólne ćpanie i eksperymentowanie z używkami wciągnęłoby je obie głęboko pod wodę.
Nie przekonują mnie ozdobniki, którymi Gilbert dekoruje swoje wyznania: ani rysunki, ani wiersze — te drugie są po prostu przegadane.
Wydawca pisze na tyle okładki: „Głębokie, intymne spojrzenie na proces uzdrawiania i godzenia się ze stratą”. Według mnie i tak, i nie — bo gdyby nie ostatnia faza nowotworowej choroby Rayyi, ten związek trwałby dalej jako szalona sinusoida, jako dziwaczny układ współuzależnienia, a Rayya byłaby utrzymanką autorki „I że cię nie opuszczę” do końca swoich dni.
O książce
Autorka: Elizabeth Gilbert
Tytuł: „Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu”
Tytuł oryginału: „All the Way to the River: A Story of Love, Loss, and Liberation”
Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS
Premiera polskiego wydania: 5 maja 2026
Rayya Elias, bohaterka książki, była fryzjerką i wieloletnią przyjaciółką pisarki, która później została jej partnerką. Zmarła w 2018 roku na nowotwór trzustki i wątroby.
Autor recenzji: Gabriel Leonard Kamiński.