Miesiąc Spotkań Autorskich 2017

Miesiąc Spotkań Autorskich 2017

Goście dziewiątego dnia Miesiąca Spotkań Autorskich: Oldřich Janota z Czech i Lela Samniashvili

Udostępnij

Dziewiąty dzień przyniósł nam dwa ciekawe spotkania. Pierwsze popołudniowe spędziliśmy z żoną Oldřicha Janoty Ramoną, która w zastępstwie chorego męża przeczytała jego teksty i zaśpiewała dwie piosenki.

Prowadząca spotkanie i tłumaczka tekstów Anna Wanik z żoną Oldřicha Romaną

Oldřich Janota jest bowiem wybitnym muzykiem i tekściarzem, w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dał ponad dwieście koncertów. Jest bardzo poważany w środowisku muzycznym, uważany wręcz za „Mistrza” poetyckich klimatów. Za swoją twórczość otrzymał cenioną w Czechach nagrodę ufundowana przez niezależnych muzyków tzw. „Nagrodę Żółtej Łodzi Podwodnej”. Jest absolwent Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Karola. Ale jak to wolny artysta imał się różnych zawodów, był między innymi palaczem kotłowym, kolporterem prasy, nocnym stróżem i czerpaczem wody.

S-rowe drwno się złe PLI                                         Oldřich Janota ze swoją książką 

W 2016 roku wydał swoje „zebrane piosenki“ na ośmiu płytach CD pt. Ultimate Nothing. Jest autorem czterech książek: Te teksty (teksty piosenek, 1991), wydawca: Punkva, Brno 1991. Niesłyszące dzieci (felietony, 2008), a w 2011 roku własnym nakładem „Uświęcenie nowiu” wraz z  Romanem Śilhavą (druk offsetowy z białego, żółtego lub czerwonego kartonu), S-rowe drwno się złe PLI (krótka proza, eseje, komiksy, 2014).

Romana przeczytała nam fragmenty z jego ostatniej trzeciej książki pt. „Opowiastki dla dyslektyków”,z której to wybrała cześć pt. „Opowieści z Bożego Lasu”. Jak mówiła,  są to opowiadanka z okolic Żlina, są zapiskami i refleksjami z podróży Oldřicha. Cała twórczość mojego męża oparta jest o różne zasłyszane historie, legendy. Koncertując duże podróżuje stąd też czerpie  twórcze inspiracje. Jest mańkutem, więc postrzega sprawy w zupełnie inny sposób obudowując swój świat różnymi dziwnymi sprawami. Radziła nam abyśmy po pierwszym wysłuchaniu jego "Opowieści"potem jeszcze raz do nich wrócili, bo ona to już sprawdziła, zawsze odnajduje w nich różne pominięte literackie detale i "gry słowne".

Oldrich Janota, Opowieści z bożego lasu, przekład: Anna Wanik

Pewnego razu wspomniany...

Pewien doradca podatkowy z praskiego Brevnova, kolekcjoner pasjonat, kompletował zbiór rysunkowych dowcipów pewnego bardzo lubianego humorysty.
Typowe dla owego rysownika były postaci nagich, wychudzonych kobiet, naszkicowanych tuszem, poprowadzonych surową kreską, które lubił umieszczać
w różnych dziwacznych sceneriach, jak katownie, wieże do zabijania głodem i inne tajemnicze miejsca. W przeciwieństwie do wychudłych, żywych modelek,
które wprawdzie sprawiały wrażenie wdzięcznych,ale aseksualnych, anorektycznym dziewczętom tego ilustratora nie brakowało niezaprzeczalnego, choć
niecodziennego seksapilu nimfomanek, wychudłych w wyniku wyuzdanych skłonności do zabawiania się  w katowniach z rycerzami bez głów.
Wspomniany doradca podatkowy, do którego to wszystko głęboko przemawiało, wyruszył pewnego razu w odwiedziny do swego ulubionego autora po
autograf. Po wejściu do willi humorysty z zachwytem odkrył, że ów rysownik, również kolekcjoner pasjonat, ma dom pełen rytualnych posążków wudu z całego świata.
Od widoku tych dzikich fetyszy obleciał doradcę podatkowego taki lęk, że tuż po powrocie do domu spalił swoją kolekcję, aby wudu nie mogło go zaatakować
poprzez ilustrowane kawały. Zaczął potem systematycznie zbierać nagrania piosenek pewnego całkiem marginalnego piosenkarza, co w jego przypadku (zanim porwał
się na wędrowanie po Himalajach i do Santiago de Compostela) potrwało ładnych parę lat. Dla pewności jednak nigdy nie poszedł do domu tego folkowego piosenkarza po autograf.

"To jest ulubione opowiadanko Oldřicha" - powiedziała Romana przed jegob przeczytaniem.

O służebnicy Bożej z dzielnicy Košíre

W Pradze mieszkał pewien prostoduszny młodzieniec, który przez całe lata marzył o tym, żeby poznać zakonnicę. O siostrach zakonnych, boskich gołąbeczkach, nie wiedział wprawdzie zgoła nic, domyślał się jednak, że muszą to być rozrabiary, więc ich ubiory wydawały mu się aroganckie i ekscentryczne. I właśnie to pociągało go w nich najbardziej, ponieważ
jako przeszkolony lewak również on nie znosił żadnego autorytetu, z wyjątkiem tego boskiego. Wielokrotnie  żywo sobie wyobrażał, jak zatrzymuje na ulicy jakąś zakonnicę prosząc
o papierosa albo zapraszając na drinka, jednak z powodu swego chorobliwego wstydu, nigdy się nie zebrał na odwagę. Życie jednak biegnie własnymi torami i pewnego dnia
ten wstydliwy gość znalazł się na soiree, które te bose ogrodniczki, siostry karmelitanki, organizowały w  klasztorze dla swych laickich zwolenników.
Po konsumpcji kilku kieliszków czerwonego wina  lekko podchmielony spytał jednej z nich lekko się zataczając (tej najmłodszej) czy dla osoby sekularnej, miał tu na myśli samego siebie, dopuszcza się by  gdzieś zaprosić siostrę zakonną. Bosa ogrodniczka życzliwie odpowiedziała, że owszem, zależy jednak gdzie. Normalnemu człowiekowi to by wystarczyło, ów mężczyzna nalegał jednak, aby to uściśliła. „Z pewnością nie poszłabym z panem na basen” -  mówiła cierpliwie siostra Enigma, tak się bowiem wa bosa karmelitanka nazywała. „To by dopiero się ludzie dziwili. Poza tym – dodała zamyślona - „już nie potrafię sobie siebie wyobrazić w stroju kąpielowym”. I tak się ten mężczyzna wielce zdumiał, bowiem również on nie potrafił sobie wyobrazić żadnej siostry zakonnej w stroju kąpielowym.

- "A to jest moje ulubione opowiadanie "O mędrcu..."- skomentowała Ramona tekst Oldřicha, przed jego prezentacją.


O mędrcu, który badał kwitnięcie malwy


Pewien mędrzec, którego wiedza była wszechogarniająca niczym Księga Ksiąg, myśl zaś świeża niczym wiosenny szczypiorek, kiełkujący swobodnie na substracie myśli naukowej, postanowił na własne oczy obserwować kwitnienie malwy. Malwa jak wiadomo, rozwija się tuż nad ranem, by powstać do światła już ze swym barwnym kwiatem, którego zakwitanie obiecuje w ten sposób widzowi wspaniały spektakl taneczny, pełen ładnych i ponętnych ruchów listków okwiatu. Ów mędrzec założył na głowę pszczelarską maskę z delikatną drucianą plecionką przed twarzą, przypominającą maskę szermierczą , i rękawice bokserskie. W pomieszczeniu nie było poza nim nikogo, nie musiał więc nikomu tłumaczyć, że nie chodzi o absurdalny  szaleńczy akt, ale o prostą czynność metodologiczną, w której badacz zaciera granicę między światem snu a jawą. Bowiem jak głosi nadal nie rozstrzygnięta kwestia
filozoficzna, nigdy do końca nie wiadomo, czy to, co się właśnie dzieje jedynie wydaje się człowiekowi, czy jest naprawdę. Poprzez wykorzystanie rzekomo bezsensownej
pomocy naukowej lub jakiejś czynności, jak na przykład trzykrotnego splunięcia przed zerknięciem w mikroskop, ów pracownik naukowy wprowadza próbę metodologiczną naprzemienną, dopuszczającą możliwość, że mikroskop mu się tylko śni. Pszczela maska w eksperymencie z malwami wspomnianemu praskiemu mędrcowi dodatkowo go wspomagała również dzięki swej znacznej niewygodzie, aby w krytycznej godzinie przed świtaniem powstrzymać sen – czy to rzeczywisty, czy wyłącznie wyśniony. Na koniec swego czynu
zaskoczony mędrzec zauważył, że przed nim, nie wiadomo skąd puszy się cudownie rozwinięty kwiat malwy i że samo rozkwitanie (w przeciwieństwie do filmowych ujęć poklatkowych, które przedstawiają otwieranie kwiatu jako płynne zjawisko) nie jest widoczne dla ludzkiego oka. Kwestię dlaczego i jak to się stało, i czy rację ma w postrzeganiu świata człowiek-obserwator czy obiektywny obiektyw poklatkowej kamery, opisał potem ów mędrzec w szkicu O rozkwitaniu malw. Najbardziej zagadkowe w niej jest jednak to, że żaden z uczniów owego mądrego mężczyzny od tamtego czasu nie zasiadł przed krzewem malwy, aby o świcie samemu, na własne oczy zobaczyć owo niewidzialne rozkwitanie.


O jednym takim, co oceniał dźwięki boskiego aktu stworzenia

Pewnego razu, jednemu niezbyt znanemu kompozytorowi podczas wędrówek po regionie nie przyszło do głowy nic lepszego niż to, aby przez lata trenowanymi uszami muzyka krytycznie ocenić  dźwięki bożego stworzenia zgodnie z muzyczną miarą. Badał więc adadżio lotu jaskółek, kakofonię borowego lasu i kontrapunkt w szumie górskiego potoku
i ku jego zdziwieniu wszystko przejawiało oznaki kompozycyjnej i deklamacyjnej doskonałości, zarówno pod względem najostrzejszych wymogów metrycznych, symetrycznych i asymetrycznych, współgrał nawet momentalny szelest opakowania po batoniku, które miał w kieszeni. Jednak właśnie w tym momencie, przerwanym macaniem już dawno zjedzonego batonika ów kompozytor się ogromnie przeraził, bowiem odkrył, że zabłądził. Choć znał te miejsca dobrze, wszystko wokół wydawało mu się zupełnie obce i nieznane.
Przemiana ta dokonała się w ten sposób, że gdy tylko odbierał coś jako doskonałe i jedynie możliwe, jak okoliczne dźwięki, tak samo właściwe i jako jedynie możliwe wydawały mu się również wszystkie kierunki, którymi można by wyruszyć. Nagle poczuł się jak zwierzę, które nie ma domu, ponieważ jego dom jest wszędzie. Bezcelowo więc sterczał pośrodku łąki i dopiero podczas osiadania wieczornej rosy, jakby w jakimś śnie, dostrzegł znajomą dróżkę do domu, choć przez cały ten czas stał dokładnie na niej.

Po tych kilku opowiadaniach Ramona zaśpiewała nam dwie nastrojowe, refleksyjne piosenki, które jak mówiła traktują o smutnych wydarzeniach. Jedna z nich traktuje o utracie córki przez mojego brata. A druga dotyczy miejsca w Pradze, gdzie było pole, wysiewano tam pszenicę, a teraz teren został sprzedany i buduje się tam nowe osiedle. To było jedyne miejsce w Pradze, gdzie żyły dzikie zające i śpiewały skowronki. Celowo wybrałam właśnie tą piosenkę, chociaż to pole jeszcze istnieje, bo Oldřich zainspirowany tą sytuacją pisze o tym kolejne utwory.





Romana śpiewa piosenkę swojego męża Oldřicha

- "Tak jak Oldřich jestem nauczycielką, zaczęła, i on pokazał mi na podstawie swoich dyslektycznych tekstów jak mam pracować ze swoimi uczniami, tak aby wydobyć z nich ich język i składnię. Okazuje się, że jego opowiadania pisane są przerywanymi zdaniami, stylizowane są na utwory hagiograficzne, tak, iż łatwo je zidentyfikować"-
Po tej wypowiedzi Ramona zaproponowała, iż przeczyta najbardziej ulubione przez nią opowiadanie Oldřicha:

O szybkiej jak strzała śpiewaczce operowej

Pewna operowa diwa miała uroczego czarnego kotka, zwierzę bardzo grzeczne i przymilne, które miało  jednak tę kocią przywarę, że przynosiło pańci do domu w darze żywe myszy. Przy takiej okazji kotek przeciągłym miauczeniem najpierw przywoływał pańcię, potem ostrożnie kładł myszkę na dywanie i z zainteresowaniem czekał, co się wydarzy potem.
Śpiewaczka początkowo próbowała chwytać przyniesione myszy przy pomocy odżywki do włosów, siatki na motyle lub aparatu fotograficznego, stopniowo jednak wyćwiczyła swój wyskok na tyle, pianino szybciej niż sam kot, który za uciekającym gryzoniem też wystartował. Gdy zdyszany kocur się opamiętał i odzyskał utraconą pewność siebie, znowu zaczął pańci przynosić żywe szczury i myszy. Było jednak widać, że od razu bacznie obserwuje każdy jej ruch i stara się jej posunięcia starannie ułożyć w pamięci. Owa śpiewaczka operowa
później wsławiła się wspomnieniami swej operowej drogi zatytułowanymi Zen i sztuka myszołowów.

O szczelinie w wieży św. Castulusa

O plebanię św. Ducha na ulicy Dušní w Pradze przez długie lata dbał pokorny sługa boży Václav Veselý. Pod opieką miał również pobliski kościół św. Castulusa, gdzie męczyło go pewne wielkie utrapienie. Na górnej kondygnacji wieży kościelnej, w ścianie, zionęła bowiem szczelina, można było w nią wetknąć nawet palec, zupełnie jak w ewangelię, przez co Václava
nawiedzał powracający przerażający sen, w którym wieża się rozsypuje i spada prosto na rynek. W tym czasie pewien znany praski jasnowidz odkrył, że pod podłogą św. Castulusa są pogrzebane dawno zaginione szczątki św. Agnieszki z Pragi, co stało się straszną pokusą również w kręgach nieprzyjaznych różnym magicznym praktykom. W obliczu przerażenia Václava zerwano w kościele kamienną podłogę, aż wyglądała jak po wojnie, jednak szczątków słynnej czeskiej świętej nie odnaleziono. Jednak od tamtego czasu Václavowi już nigdy się nie przyśnił sen o upadającej kościelnej wieży.

Domowa fajka

Któregoś razu dyrektor od lat nieistniejącej już szkoły mniejszości narodowej na Alberi zastanawiał się, jak to zrobić, aby z domowej fajki, o którą przez całe życie dbał, drogocenny dym nie ulatywał na darmo w powietrze. W klasie na pierwszym piętrze, gdzie zwykle uczył, zbudował w tym celu złożony system łapaczy dymu z pustych metalowych nóg szkolnych ławek, umiejętnie połączonych między sobą gumowymi linkami, jednak efekt całkowicie nie spełniał jego oczekiwań. Wymyślił więc, że ulatywanie dymu w powietrze jest spowodowane samą przestrzenią, która jak wiadomo, od czasu Wielkiego Wybuchu nieprzerwanie się rozciąga i gdyby udało się przestrzeń zmusić, żeby zaczęła się kurczyć, z fajki nie mógłby ulecieć nawet miligram drogocennej woni. Po latach przygotowań faktycznie udało mu się przy każdym wydechu pomniejszyć klasę do rozmiaru kilku centymetrów sześciennych, więc dym z fajki nie miał po prostu gdzie ulatywać. Wkrótce jednak otrzymał zawiadomienie z wydziału budowlanego w czeskiej Bystrzycy, że prowadzi niedozwolone prace budowlane, związane ponadto z naruszeniem ustawy o entropii. Wówczas dyrektor tej od lat nieistniejącej szkoły mniejszości narodowej przekonał się, że najlepiej domowa fajka będzie mu smakowała, kiedy ją zapali, po czym otworzy wszystkie okna na oścież.



Romana Janota w rozmowie z publicznością.

Po tym opowiadaniu zsali padło pytanie: Jak państwo współpracujecie, kto pisze teksty, a kto muzykę?". To Oldřich pisze teksty, bo jak mółwi, ma je całe już przygotoqwane w glowie, a ja dopisuję muzykę. Ta mnasza muzyka jest specyficzna. Poznaliśmy się dzięki niej. Ja grałam w zespole, który co tydzień zmieniał swoją nazwę, Oldřich przychodził na nasze koncerty, rozmawiał naszej muzyce i tak w końcu zostaliśmy parą i współpracujemy ze sobą już jako małzeństwo do dzisiaj. Inspirujemy się oboje francuskim zespołem "Magma". tłumaczyliśmy też ich teksty. Uważam, że gienialni autorzy mają w sobie ducha, którego potrafią przetworzyć w sposób zupełnie niespodziewany i zarazem oryginalny.

-"Nad czym teraz pracujecie Państwo"?
- Razem z Oldřichem pracujemy nad dwoma proijektami "Mariańskimi". Będą to teksty Marie Eschenbach, a mówiąc ściślej jej aforyzmy, które chcemjy opracować w formie śpiewanej z muzyką. Na pytanie z sali, gdzie można nabyć książki i płyty Oldřicha Janoty, Romana odpowiedziała, że "wydajemy je prawie metodą chałupniczą, w małych nakładach, do 200 egz, nie mamy żadnego oficjalnego dystrybutora, więc praktycznie sprzedajemy je przy okazji koncertów. Opublikowaliśmy box z 10 płytami CD Oldřicha, i można je kupić zamawiając je mailowo przez naszą stronę internetową http://www.oldrichjanota.com. A także przez maila naszej polskiej znajomej Joli Wysoczańskiej jolantairena@o2.pl.
Nawet nie spostrzegliśmy się jak minęło półtorej godziny spędzonej z twórczością i muzyką Oldřicha Janoty i jego żony Romany.

Całe spotkanie sfilmowane można obejrzeć na kanale Youtube.com

 

Kolejną bohaterką wieczornego spotkania była Lela Samniashvili, urodzona w miasteczku Gori w 1977 roku, swoje pierwsze poezje  oraz jej przekłady z języka angielskiego wydała w wieku 12 lat. W 1999 skończyła anglistykę, a w 2001 ukończyła studia z tłumaczenia symultanicznego na państwowym uniwersytecie I. Chewardnadze w Tbilisi. Obecnie wykonuje zaszczytny zawód nauczycieli literatury oraz nauk politycznych. Posiada gruntowne wykształcenie w dziedzinie literatury jako badaczka literatury amerykańskiej na kalifornijskim Uniwersytecie Berkeley oraz tytuł magistra filozofii edukacji z 2007 roku zdobyty na Uniwersytecie w Oslo. Jej poezja jest tłumaczona na angielski, włoski, niemiecki, holenderski, azerski i rosyjski.  Jest autorką pięciu tomów poetyckich, które zdobyły różne wyróżnienia i nagrody literackie.
Jej tłumaczenia obejmują poezję angielskich i amerykańskich autorów takich jak William Shakespeare, Thomas Hardy, Elizabeth Bishop, Ted Hughes, Sylvia Plath, ect; oraz as well as “A Room of One’s Own” by Virginia Woolf and “The Bell Jar” by Sylvia Plath.

Prowadził spotkanie po praz pierwszy Konstantine Grdzelishvili.

W pierwszym zdaniu poetka podziękowała organizatorom za zaproszenie gruzińskich literatów, gdyż stwierdziła Gruzini są małym narodem i trudno jest im się przebić na szersze forum. -”Wybrałam, mówiła Lela angielskie tłumaczenia swojej poezji i pewnie w jakimś stopniu różnią się one od gruzińskich oryginałów, gdyż np. w języku gruzińskim nie ma rozróżnienia na rodzaj męski czy żeński. Na pytanie z sali,dlaczego nie są one tłumaczone z języka oryginału, Lela wskazała, iż może tu chodzić o kwestie finansowe

 

Lela Samniashivili                                                                                               Prowadzący po raz pierwszy spotkanie Konstantine Grdzelishvili


Trzydzieści siedem

Linia podziału, ostatni znak już jest w zasięgu wzroku.

Wreszcie przekroczyłam granicę, tę którą odsuwałam

dalej z tysiąc razy.

W końcu pokonałam tkwiącego we mnie romantycznego

potwora –

Ciągnąc śnieżnobiałe zjawy do uwielbianego niebytu.

Wkrótce ostry chłód wymaluje lustra mrozem

I tylko ja będę się w nich wciąż pojawiać –

Obraz, którego nigdy sobie nie byłam w stanie wyobrazić,

Taki, co jest cały wstępnie porysowany od wielu prób.

Może być tak, że zmarli mają dokąd iść,

Ale żywi mają tylko jedno miejsce – starość,

Gdzie emocje mieszają się w sól i cukier w ich ciałach

W tysiące klinicznych form,

Koncentrujących się w krwi i kościach.

Świat ponownie kurczy się do bujanego fotela,

Szklanka wody staje się niedostępna niczym morza i oceany.

Dlatego poeci skracali drogę -

W pojedynkach, wojnach i katastrofach

Nadstawiając głowę, by ocalić piękno.

Lecz ja jestem niewolnicą mrugania

I patrzę do samego końca

Na świat – z całą jego bezcelowością -

Od południa do północy –

Przewożąc w jego pojazdach tych podobnych do mnie.

Odległa starość wyłania się niczym syberyjskie stepy.

Myślę, że to wytrzymam

Jak mnie wywiozą wraz z tobą.



Na ostatnim zdjęciu


Na ostatnim zdjęciu wyglądam jak mama

Naturalnie jest wciąż dwadzieścia lat starsza ode mnie,

Ale jest pewien wiek, kiedy twarz dziecka przybiera oblicze ukochanej osoby

I nie ważne ile lat mu dodają czy odejmują -

Nawet w głębszej przeszłości, starszych wspomnieniach,

Ten obraz zawiera wszelkie wersje cieni pod oczami

i zmarszczek.

Matko, teraz jestem podobna do ciebie

I pozostanę taka we wszystkich wersjach przyszłości,

Bo wprost przede mną staje cały obraz, który mogło

ogarnąć moje oko

I choćbym przyglądała się mu z wszystkich stron,

Przez mikroskopy i teleskopy,

Siedząc w pędzących gdzieś odrzutowcach,

Wszystkie uczucia i zaskoczenia będą kopiami kopii,

Pomnażam te uczucia bardzo szybko,

Już niemal odruchowo; neurony wytłaczają je

I wyrzucają, wyrzucają ze statków w ogniu,

Z wojen, z morderstw

I pozostaje tylko jedno wielkie zamieszanie –

Bo przed naszym nosem tkwi świat, którego nie możemy

dotknąć.

Mamo, to coś jak twoje krzątanie się w domu -

Rutyna wypełniona dziwną miłością.

Choćby nie wiem w jakim nieładzie,

Wszystko znajduje swoje miejsce.

Bez względu na to jak zdawało się to być nudne.

W tym roku nawet morze spojrzało na mnie inaczej.

Jakby nie było w nim nieznanego mi kamyka

I ożyło jedynie

w kwadracie hotelowego okna.

Nocą morze śpiewa w drewnianej ramie najsłodszym

z głosów
 
I wcale nie było trzeba na nie patrzeć.

Może prawda jest taka -

Że nie powinno się wbijać wzroku w siebie ze wszystkich

stron.

Może sama zakrywam sobie najlepszy widok.

A jednak robię to samo.

Matko, teraz jestem podobna do ciebie

I pozostanę taka w przyszłości mego dziecka.



Szklane Kule


Spójrz jakie to pożyteczne -

Plastik ze szkłem -

Malujesz to na jaskrawe kolory,

Owijasz w aksamitną szmatkę

I jest – wieczna bożonarodzeniowa zabawka.

Nigdy nie pęknie w dłoniach dziecka,

Żaden wieczór nie zostanie porysowany jego cienkimi

odłamkami.

Jest piękna, jest bezpieczna, jest radosna -

Uśmiecha się do dzieci, które zaczynają chodzić,

I łagodne światło połyskuje na gałęziach choinki –

Przekazując je przez kolejne święta.

Ale mnie nauczono ostrożności przy szklanych kulach -

Co roku jedna czy dwie bombki pękały -

Te najpiękniejsze, pomalowane

W drobne płatki. Było mi smutno.

Rok za rokiem odbierałam taką lekcję,

Wszystko na próżno, bo ponownie uczyłam się ostrożności.

Czasami, gdy pękały, odzywały się głosem dzwonka -

Aby powielić ten sekundowy dźwięk w swym krótkim

istnieniu.

Nie zrobiłam się bardziej ostrożna.

Choć mojemu dziecku nigdy bożonarodzeniowa bańka

nie pękła w dłoniach.

Ani innym dzieciom.

I odwołano zajęcia z ostrożności.

Ponieważ i tak niczego się nie nauczyliśmy.

Ponieważ nasze życie nie stało się bezpieczniejsze, ani

dłuższe,

Ponieważ nawet dzisiaj planeta ustrojona na Boże Narodzenie

Może mieć miny świecące u stóp dzieci.

To jest całe zadośćuczynienie, cały postęp -

Szklane kule zmieniły się w plastik,

Tak że nie jesteśmy świadkami tego, jak pękając, wewnątrz

nich

Magiczna pustka staje się

Częścią większej, zwyczajnej pustki.

Jak gdyby nigdy nie było odstępu między nimi.



Poetka


Brzmi jak samiczka żaby -

Jak rechocze, musi rechotać ciszej,

Nie powinna przeszkadzać

Nie powinna ogłuszać

Powinna mieć malutką, niewidzialną złotą koronę na

głowie

Może ktoś zauważy

Może ktoś pocałuje

Może ktoś pogłaszcze

I złoży jej głowę na swym łóżku.

Mówiąc krótko, to bajka, fikcja.

Żaba – nie ważne samczyk czy samiczka

Potrzebuje mocnego głosu,

Aby zagłuszyć inne głosy,

By głośniej wychwalać słodkie bagno,

By opowiadać o szczęśliwych latach życia kijanki,

Albo głośniej gderać o wadach

Własnej, wilgotnej skóry

Pływania w kółko

Cuchnącymi korytarzami z wodorostów;

O tym jaka to nuda zażerać się owadami

Każdego ranka, w południe i wieczorem;

O tym jak cierpi z powodu niemożności skoku

Wyżej od jej języka -

Jak wszystko co lata przykleja się do niego.

W tej nudzie

Jej głos to jedyna rozrywka.

Jedyna oznaka życia.

Jedyna rzecz, która uświadamia jej, że jej krew jeszcze

nie zamarzła.

Pod tym względem łagodność jest wykluczona;

To zawodna intryga, pod każdym względem.

Tak więc nie wierz antologiom z pięknymi okładkami,

Z których tylko kobiety uśmiechają się do ciebie.

Nie ma żadnych poetek.



Cesarskie cięcie


Wygląda jak dziura w niebie.

Skalpel – błyskawica.

I oko Boga – skierowane na stół – rozświetla lampę –

Bacznie obserwuje dłonie lekarza

I twoją twarz – jak blednie -

Rysy twarzy, których nie da się zatrzymać

Spojrzeniem męża – siedzącego u wezgłowia –

Niczym rękojmia, którą jak zdmuchniesz, on zaczerpnie

garść owej gwiazdy.

Wygląda jak dziura w niebie –

Nagła niczym śmierć w wypadku samochodowym –

Bez wstępów, bez bólów porodowych –

Za czarną dziurą – ciemny korytarz –

Przez którą wędrują dusze tam i z powrotem z tego

świata.

Wygląda jak dziura w niebie -

Taka brawura – żeby schwytać nowe życie -

Dla którego z wszelkiego pokoju będziesz budować

wabik,

By zakryć wojny plecami, żebyś zawsze patrzyła na swoje

dziecko,

Uśmiechała się do niego. O tak,

Wejdź do starego strumienia, połóż się

Jak jedyna córka Cezara -

Poddaj się ostrzu by ocalić jej dziecko. Obie zatarte.

Ale oddychasz i w oknie – miasto nocą –

Błyszczy jak bezgłośne święto.

Dziwne fajerwerki 9 maja:

Obrazy zamilkły. Bezgłośnie – tętno – sto dwadzieścia.

Twoja krew – O Rh Plus.

Z celebrą wlewa się w nowe żyły i kolor oka ojca -

Więcej światła.

Wygląda jak dziura w niebie -

Słychać płacz -

Zapowiedź nowego początku.

Teraz rany mogą zacisnąć usta -

To niebo się nie zamknie.

Twoja noc nigdy nie była tak jasna.

Niemowlęce światło przy twych oczach.

Nigdy nie było tak blisko.

Rośnie – aż rozprasza wszystkie cienie.


-"Moja poezja, opowiadała Lela znajduje się w bardzo wielu antologiach feministycznych. Poezji, która jest uniwersalna, nie można dzielić na męską i żeńską. Często wydawnictwa dzelą ją na - poetki i poetów. Na pytanie, czy inspirowała się tłumaczoną przez nią Sylwią Plath, zaprzeczytała, iż żadnej bezpośredniej inspiracji tu nie ma, ale są pewne tematy dla niej i Plath ważnejak tożsamość kobiety jej podmiotowość.

Nasze rozmowy z zaproszonymi miożna obejrzeć w transmisji on-line, a także nagrywane
są przez
gruzińskie radio.


Nie ma też kontynuowała, jednej antologii poezji wojennej, stąd różni autorzy gruzińscy piszą i publikują takie wierszy niezależnie od siebie. Jednym z nich jest jej wiersz o Gori:

Obraz miasta. Gori. Sierpień 2008


Przez dwa tygodnie – miałam cię na plecach -

ciężarem twego posągu – wlokłam cię

w górę i w dół w bloku mieszkalnym

stolicy. Rozpadłeś się na kawałki

rozsypałeś po ulicach – na drobne cząsteczki,

na ludzi – skrytych gdzie bądź

dookoła. Targałam cię w folii –

dla dzieci – pigułki i wata, miękkie gumy

i cukierki – z poczuciem jakbym

karmiła kadłuby czołgów.

Nie pamiętam co zwróciłam

tobie, pod czaszką

bił zegar -

Żółty autobus był zaminowany

ludźmi mojego pokroju -

Wiózł nas i próbował

nam uciec. A na drodze -

Zapach płonących sosen -

Ziemia o wiele czarniejsza od ziemi –

Była jak religijny rytuał -

Duch tego miejsce – w dymie.

Zdjęliśmy cię – strzegliśmy przez dwa tygodnie

ukrzyżowanego na posągu tego -

kto strzegł ich przez wiek.

Przykryliśmy wszystko, co zniknęło

i to, co pozostało nietknięte – w Gori – fortecy,

Powróciliśmy do siebie jako saperzy.

Słowa też trzeba rozminować.

W tej chwili wiersz jest okrutny

Jak dziecięcy miś -

Widziany szerokim kątem – wśród ruin.

 

Nadejście


A więc bogowie raz jeszcze zaczęli wiercić w niebie.

Ale nic im się nie ukazało -

Żadnych pokładów złotych dusz.

Ludzie wciąż potrzebują ognia

By ogrzać kości,

By przyrządzić mięso na kuchni,

Z oczami utkwionymi w magazynach -

Czarno-białych obrazów wojny i pokoju,

Nekrologów rodziców,

Ślubów ich dzieci,

Blichtru tandetnych dziewcząt i samochodów.

A poeci, jak jabłonki -

Zakorzenieni głęboko w swych pokojach,

Wciąż jedzą owoce rosnące na gałęziach palm,

Z uśmiechem zapraszają do siebie bogów.

Raz zdarzyło się, że sam Bóg

Skosztował jabłka i z bólu

Dobra i zła, miłości i nienawiści,

Wściekłości i współczucia dla śmiertelnych,

Sam stał się śmiertelnikiem.

A bogowie pamiętając opowieść

O Bogu i jabłku opowiedzianą dawno temu przez węża,

nie chcieli ugryźć zaofiarowanego owocu.

I nikt nie nadchodzi z niebiesiech.

Konstantine Grdzelishvili i Lela Samniashvili odpowiadają na pytania publiczności

Na pytanie co znaczy jej imię i nazwisko Lela odpoiwiedziała: "Gruzini posiadają piękne imiona i nazwiska, a słowo "Lela" - oznacza kwiat górski, zaś Samin znaczy dziecko albo córkę. A końcówka shvili, określa miejsce urodzenia i region Gruzji.
Kolejne pytanie dotyczyło, czy w jej twórczości dominują jakieś tradycyjne gruzińskie tematy?
- Myślę, że raczej poruszam uniwersalne tematy: jakości życia, przemijania, śmierci, spraw damsko-męskich czy np. tematów globalnych związanych z sytuacją kobiet czy Gruzji.
Na zakończenie Lela powiedziała nam swój swiersz w języku gruzińskim, który ma swój specyficzny rytm i melodię.

Całe spotkanie można obejrzeć na kanale Youtube.com


Komentarze

Komentując naszą treść zgadzasz się z postanowieniami naszego regulaminu.
captcha

Poinformuj Redakcję

Jeżeli w Twojej okolicy wydarzyło się coś ciekawego, o czym powinniśmy poinformować czytelników, napisz do nas.

Twoich danych osobowych nie udostępniamy nikomu, potrzebujemy ich jedynie do weryfikacji podanej informacji. Możemy do Ciebie zadzwonić, lub napisać Ci e-maila, aby np. zapytać o konkretne szczegóły Twojej informacji.

Twoje Imię, nazwisko, e-mail jako przesyłającego informację opublikujemy wyłacznie za Twoją zgodą.

Zaloguj się


Zarejestruj się

Rejestrując się lub logując się do Portalu Księgarskiego wyrżasz zgodę na postanowienia naszego regulaminu.

Zarejestruj się

Wyloguj się